Włodzimierz Olewnik po decyzji prokuratury: jestem już kłębkiem nerwów

0
584

Ojciec zamordowanego Krzysztofa Olewnika nie ukrywa, że postępowania związane z tym zabójstwem wciąż wywołują u niego duży stres. Nie inaczej było z niedawną decyzją Prokuratury Okręgowej w Szczecinie, która postanowiła umorzyć śledztwo dotyczące zaginięcia dokumentów z elbląskiego sądu.

Ten wątek sprawy dotyczy badań zwłok, które przeprowadzono w 2008 r. Pojawiły się wtedy wątpliwości, czy to na pewno szczątki Krzysztofa. Według śledczych biegły oraz szefowa laboratorium olsztyńskiej komendy wojewódzkiej mieli wtedy zataić, że jedna z próbek DNA z ciała różniła się od innych, a potem nie wykonać ponownych badań, mimo że powinni to zrobić przy rozbieżnych wynikach. O ich ewentualnej winie miał rozstrzygnąć Sąd Rejonowy w Elblągu, jednak w 2015 r. zginęły cztery tomy akt tej sprawy.

Akta później co prawda odtworzono dzięki ich kopiom, ale to, czemu zginęły i czy doszło w tym przypadku do przestępstwa, starała się ustalić Prokuratura Okręgowa w Szczecinie. – Śledztwo było prowadzone w kierunku przestępstwa przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza. Zostało umorzone z uwagi na brak znamion czynu zabronionego – mówi Onetowi Joanna Biranowska-Sochalska, rzeczniczka szczecińskiej prokuratury okręgowej. – Nie jest to jednak decyzja prawomocna. Zostało na nią złożone zażalenie, w związku z czym prokuratura oczekuje na rozstrzygnięcie tej sprawy przez sąd. Nie będziemy informować o szczegółach tego śledztwa, dopóki nie zapadnie prawomocna decyzja.

Włodzimierz Olewnik nie ukrywa, że to on podjął decyzję o złożeniu zażalenia. Jak zaznacza, nie chce jeszcze komentować postanowienia szczecińskiej prokuratury, ale zwraca uwagę, że doskonale pasuje ono do całej sprawy. – Tu przecież ginęły najpierw jedne akta, potem drugie akta, a do tego np. odkręcano śruby w samochodach i włamywano się do domów. Co z tego wykryto? Nic – odpowiada na swoje pytanie ojciec zamordowanego Krzysztofa. – Cuda jak widać wciąż się zdarzają.

– Jestem już przez to wszystko kłębkiem nerwów – dodaje Olewnik w rozmowie z Onetem. – Wciąż muszę uważać, żeby coś mi się nie stało. Boję się czasem przejeżdżać przez granicę albo tego, że ktoś podłoży mi jakąś świnię, bo i to już się zdarzało. Prowadzę przecież biznes, więc wszystko sprawdzam jeszcze po dwa razy. To coś okropnego. Nikomu nie życzę, żeby żył w takim stresie, w jakim żyje nasza rodzina.

Porwanie, okup i śmierć

Krzysztof Olewnik został uprowadzony w październiku 2001 r. ze swojego domu na obrzeżach Drobina. Nastąpiło to dzień po imprezie, w której oprócz niego brało udział m.in. siedmiu policjantów. Miał wówczas 25 lat. Był synem znanego przedsiębiorcy z Płocka, więc od początku podejrzewano, że za sprawą może kryć się chęć wymuszenia okupu. Dwa dni po zaginięciu porywacze zażądali 300 tys. dolarów od bliskich Krzysztofa. Kontaktowali się z nimi później jeszcze wielokrotnie, ale policja nie była w stanie ustalić, kim są. Nie zatrzymano ich nawet wtedy, gdy śledczy dostali anonimowy list ze wskazaniem przestępców.

Bandyci dostali okup w 2003 r. Wówczas wynosił 300 tys. euro. Dwa miesiące później zabili porwanego, zakopali jego ciało i nie powiadomili o tym nikogo z jego rodziny. Ta do 2006 r. żyła w nadziei, że Krzysztof jeszcze do nich wróci. Wtedy jednak śledczy odnaleźli jego zwłoki pod Ostrołęką. Za porywaczy i morderców uznano Wojciecha Franiewskiego, Sławomira Kościuka i Roberta Pazika.

Seria dziwnych zdarzeń

Sprawa Olewnika stała się tematem tysięcy materiałów medialnych, a nawet książek i filmu. Głównie ze względu na trudno wytłumaczalne zdarzenia, które wiążą się z porwaniem. Już tuż po nim policjanci prowadzili oględziny domu Krzysztofa bez wymaganego przez przepisy nadzoru prokuratorskiego. Krzątały się też po nim osoby spoza ekipy dochodzeniowo-śledczej. Oględziny wykonano niechlujnie i niedokładnie. Nie zabezpieczono np. wszystkich śladów krwi.

Później często zmieniano prokuratorów, a w zespole zajmującym się sprawą umieszczono policjanta, który bawił się w domu porwanego w noc poprzedzającą jego zaginięcie. W 2004 r. śledczym ukradziono radiowóz z najważniejszymi dokumentami ze śledztwa. Zniknął z centrum Warszawy. O tym, że będzie tam stał, wiedziała tylko garstka osób. Do dziś go nie odnaleziono.

Sprawę udało się rozwiązać dopiero po odebraniu jej specjalnemu zespołowi policjantów. Okazało się, że Kościuk dzień po uprowadzeniu kupił kartę telefoniczną. Kobietę, która mu ją sprzedała, przesłuchano dopiero cztery lata później. Szczęśliwie zapamiętała jednak kupującego, bo wolał telefon na kartę za 700 zł, zamiast ten sam aparat za 1 zł w abonamencie. Mówiła to mundurowym już kilkanaście dni po zniknięciu Krzysztofa, ale wtedy nikt z tym nic nie zrobił. Z karty Sławomira Kościuka wykonywano połączenia i do jego domu, i do komendy, która prowadziła postępowanie w innej jego sprawie, i do rodziny Olewników. Przez to do celi trafił najpierw on, a potem jego kompani.

W latach 2007–2009 cała trójka uznanych za porywaczy mężczyzn popełniła samobójstwa w swoich celach. Natomiast na kilka tygodni przed złożeniem kluczowych zeznań zmarł niejaki „Skwara”, który miał być świadkiem koronnym. Według śledczych dostał zawału serca.

Zdarzenia po śmierci porywaczy

Sporo wątpliwości wzbudziła też śmierć Macieja Książkiewicza, zastępcy komendanta Mazowieckiej Komendy Policji w Radomiu. To on nadzorował pracę grupy operacyjnej, która namierzała porywaczy. Mieszkał w ogromnej posiadłości pod Płockiem. Miał umrzeć krótko po zabójstwie Krzysztofa, jednak – według późniejszych ustaleń śledczych – nie powiadomiono o niej mundurowych i nie przeprowadzono sekcji jego zwłok, a ciało skremowano.

Śledztwo w sprawie domniemanego sfingowania przez niego własnej śmierci umorzono. Próbował ją potwierdzić jeden z detektywów, lecz szybko został aresztowany. Później Włodzimierz Olewnik zeznał przed komisją śledczą, że Książkiewicz chciał dawniej robić z nim interesy, a kiedy ten odmówił, policjant miał powiedzieć do biznesmena, że gorzko tej odmowy pożałuje.

Ogromna część dowodów ze śledztwa trafiła na Komendę Wojewódzką Policji w Olsztynie. Tam w 2008 r. 231 z nich zostało zalanych fekaliami. Prowadzone w tej sprawie postępowanie wykazało, że powodem było pęknięcie rury. Umorzono je po miesiącu. Nikt nie usłyszał zarzutów. Rok później włamano się najpierw do domu obrońcy policjantów (skradziono laptopy i dwa tomy akt), a potem do domu asystentki posła zasiadającego w komisji ds. Olewnika (zginął laptop i dyktafon, złodzieje nie ruszyli pieniędzy).

Poza trójką porywaczy jak dotąd nikt w sprawie Olewnika nie poniósł żadnych konsekwencji. Trwały co prawda postępowania związane z policjantami i prokuratorami, ale albo kończyły się umorzeniami z powodu niestwierdzenia popełnienia zabronionych czynów, albo następowało przedawnienie ich karalności. Mimo to rodzina zamordowanego wciąż walczy o to, by wobec niektórych z nich wyciągnąć konsekwencje, choć od uprowadzenia minęło już 16 lat.

Źródło: onet.pl / JM